Podróżować, podróżować jest bosko...24.02.2009 :: 23:02 ::
Komentuj (0)
... jak to śpiewała Kora w Boskim Buenos.
Cóż, może żeby spełniać marzenia o podróżach wystarczy zostać prezydentem miasta...
P.S. Artykuł pochodzi z Expresu ilustrowanego z 24.02.2009
bo co dwa to nie jeden16.02.2009 :: 00:49 ::
Komentuj (0) Jeszcze kilka dni temu zastanawiałam się, po co ludziom dwa ekrany na biurku (do pracy na jednym komputerze). Hm...no bo po co? Jednego Ci mało?
Dzisiaj moja "pracownia" ewoluowała i już rozumiem dwuekranowców. To coś więcej niż przelatywanie kursorem z ekranu na ekran... to jest jak różnica między jedzeniem dwudaniowej papy z menażki wojskowej, a delektowaniem się smakiem pojedynczych potraw z talerza i półmiska. (jak by co - nie mam nic do wielbicieli wojskowych menażek ;).
No ale stacja kosmiczna na biurku to jedno, a życie na ziemi to drugie - przyziemnie ale też i uroczyście witam zatem nadchodzący nowy semestr, a wraz z nim pełne przygód życie wśród miejskiej dżungli komunikacyjnej, hmm... jak ja lubię przygody ;)
Nie wiem od czego zacząć... 05.02.2009 :: 00:41 ::
Komentuj (2)
Nie raz już chciałam coś napisać, ale nie wiedziałam właśnie od czego zacząć. W którymś momencie chyba nawet zapomniałam, że mam bloga :). Przypomniało mi się o nim gdy szukałam swoich grafik. Z ciekawości zaczęłam podążać w dół strony by przypomnieć sobie o czym to się pisało i zatrzymałam się na notce "od poranka aż po zachód" - dziwne, ale choć zdjęcia są takie zwykłe, za każdy razem gdy na nie patrze odczuwam ten sam rześki wiosenny klimat. Może to dlatego, że w lutym najbardziej tęskni się do wiosny :).
Więc jak już napisałam nie raz układałam sobie w głowie nową notatkę, ale zawsze z niej rezygnowałam nie będąc pewną czy na pewno będzie wystarczająco ciekawa.
Jest jednak coś takiego, że brakuje czasem okazji porozmawiać, wyrazić jakiś niepoważnych myśli, bo starcza czasu tylko na te bieżące sprawy - też tak macie? Nie pewnie to tylko ja miewam (miewałam?) w zwyczaju rozmyślać nad tym co inni uznaliby za nieprzemyśliwalne.
Nie wiem, być może to bez sensu, ale chciałabym spróbować jeszcze raz.
Może lepiej zacząć nie najlepiej, niż w ogóle nie zaczynać?
I zdjęcie też od czapy... ale właśnie - z telefonem i przed komputerem, czyli jak ostatnio na co dzień :)
Jakie dzisiaj? >art<15.12.2007 :: 17:51 ::
Komentuj (3)Ze świecą szukać dziś studenta, który nie posiada własnej komórki. I nie o drewnianej komórce stojącej koło domu tutaj mowa, a o pewnym niewielkim urządzeniu, którego sposób funkcjonowania dla większości pozostanie pewnie zawsze tajemnicą. Oczywiście do standardowego wyposażenia dzisiejszego żaka dodać trzeba jeszcze kilka działających w magiczny sposób przedmiotów. Zaraz po podręcznym telefonie można chyba śmiało postawić komputer – nie zawsze swój własny, nie zawsze pod ręka – jednak co raz częściej przenośny i stale współpracujący ze swoim najlepszym przyjacielem Internetem i dobrą koleżanką drukarką. Do kompletu dorzucamy odtwarzacz MP3 i kartę chip umożliwiającą wyciągnięcie pieniędzy w najbliższym bankomacie – choćby po to by skserować notatki czy też rzadką książkę przy pomocy niezwykłego pudełka, które ludzie zwykli zwać Kserem.
Te i kilka innych cudów techniki na stałe utkwiło w codziennym studenckim życiu, niezaprzeczalnie i bez pytania determinując jego styl. Mimo tego każdy z nas umie oczywiście doskonale poradzić sobie bez tych wszystkich „gadżetów” ale… czy na pewno? Ile nerwów potrafi przysporzyć nam awaria w dostępie do sieci, gdy jesteśmy w kluczowym momencie rozmowy na gg lub też gdy właśnie na ostatnią chwilę szukamy hiperważnych informacji niezbędnych do jutrzejszego referatu. Jak trudno umówić się z kimkolwiek lub znaleźć w środku miasta, gdy komórka odmawia współpracy, bo „ktoś” zapomniał ją naładować, zresztą jeżeli udało nam się ją nieszczęśliwie zgubić lub wykąpać w stawie może okazać się, że nie będzie miał nas kto obudzić, bo kto dzisiaj korzysta z tradycyjnego budzika? Wszystkie te małe kataklizmy budzą nieuchronnie pewne trudne pytanie: Jak radzili sobie z tymi wszystkimi trudnościami studenci lat temu pięćdziesiąt, czy nawet dwadzieścia?
No cóż, można te czasy spokojnie uznać za historyczne i z takimi prawdopodobnie się kojarzą, być może właśnie dlatego warto przyjrzeć im się dokładniej.
Sama z pewną nostalgią wspominam jeszcze okres, gdy komórek w Polsce nie było i chociaż cenie sobie wielce możliwość natychmiastowego osiągnięcia kontaktu z potrzebną w danym momencie osobą, myślę, że każdemu z nas – bardziej lub mniej – ciąży nie odstępująca na krok „smycz”. Z jednej strony kilka manewrów na klawiaturze pozwala wykonać jak najbardziej spontaniczny ruch w stronę dawno nie słyszanego przyjaciela, z drugiej mało kto wpada w odwiedziny bez odpowiedniej zapowiedzi. Przyzwyczajeni do możliwości stałego kontaktu, odkładamy wszelkie ustalenia na później, kończąc rozmowę tym prostym zdaniem ”skontaktujemy się” nie ustalając nawet kto i kiedy ma zadzwonić. Po co, skoro zadzwonić może każdy i o jakiekolwiek porze? Niestety czasem gdy brak konkretów okazuje się, że nikt nie czuje się zobowiązany, po za tym można zadzwonić przecież jutro, pojutrze, najlepiej na ostatnią chwilę. A przecież mogło być tak prosto, wystarczyło umówić się od razu J No bo nasi rodzice musieli mieć jakiś sposób by spotykać się w tym samym miejscu i o tej samej porze, no nie?
Przyznam, że wiele kosztowało mnie uzmysłowienie sobie, że przy pomocy samego Internetu sesji nie pokonam. Przywykłam raczej do korzystania z klawiatury i nieźle opanowałam korzystanie z meandrów internetowej wiedzy, niekiedy przecież sprytnie ukrytej, kolejka w Uniwersyteckiej Bibliotece wzbudziła więc we mnie pewne zaskoczenie i uczucie wielkiej niesprawiedliwości, że o to muszę do Buły pojechać, książkę (w komputerowym już spisie) odnaleźć, wypełnić odpowiednią karteczkę i następnego dnia odstać swoje, by należny mi egzemplarz otrzymać, oczywiście jeżeli nie został już wcześniej przez kogoś wypożyczony. Znów nasuwa się pytanie. Jak oni sobie kiedyś radzili?
W pewien niepokój może też wprowadzać sytuacja, w której mamy w ręku ważne notatki, ale nie za bardzo wiemy co z nimi zrobić, wszak najbliższy punkt ksero jest o dziwo zamknięty, a notatki oddać trzeba „zaraz”. Tym bardziej trudno wyobrazić nam sobie realia, w których punkty ksero nie znajdowały się w okolicach studenckich molochów w kilkusetmetrowych odstępach. A opowiadania mojej babci (niegdyś nauczycielki) o przepisywaniu notatek przez 3 czy 4 kalki brzmią dziś trochę jak science fiction.
Nie tylko rzeczywistość typowo studencka zmieniła się nieco od czasów gdy uczyli się nasi rodzice czy też nawet gdy my sami byliśmy dziećmi. Dzisiaj siedmiolatki na trzepak wychodzą z komórką i mama już nie woła przez okno na obiad, a po prostu dzwoni do swojej pociechy. Nie wielki to problem, pod warunkiem, że przykładowa „mamuśka” nie jest zbyt nadgorliwa i o swoje dziecko za bardzo się nie martwi. Wydaje mi się, że nie będzie przesadą jeśli uzna się, że komórka u zbyt małego dziecka ma spory wpływ na jego rozwój. Na koloniach, na których zdarzyło mi się być opiekunem każdy choćby najmniejszy problem musiał zostać skonsultowany z mamą – cóż to za wakacje? Wakacje z mamą, bo komórka to przedłużenie pępowiny. Kiedyś do domu wracało się o zmierzchu i grania w klasy nie przerywał telefon.
Kto miał Playstation, X-boxa, kablówkę i komputer? Który rodzic miał w ogóle telewizor w domu? Była Amiga i Pegasus, ale i tak wszyscy woleli spotkać się na podwórku. Teraz rzadko widuje w swojej okolicy dzieci, czasem ewentualnie te przechadzające się między swoimi domami tylko po to by zagrać razem w nową grę.
Zwracam na to uwagę, bo wydaje mi się szokujące jak bardzo inaczej czas spędzają dzisiaj kilkulatki i próbuje wyobrazić sobie jak będą wyglądały ich studia. Być może faktycznie w przyszłości przejdzie się na system zdalnego nauczania przez Internet, jak silne będą wtedy przyjaźnie zawiązane na studiach…
Przerażające jest jeszcze jedno zjawisko. Choć możliwości co raz większe, a w kraju żyjemy wolnym, odnosi się wrażenie, że są rzeczy, których dokonać co raz trudniej. Każdy ruch udokumentowany powinien zostać w zawiłej biurokracji, każdy człowiek przyporządkowany odpowiedniemu numerowi. W przyrodzie podobno nic nie ginie, a w kraju takim jak nasz tym bardziej nie powinno. Nie obędzie się więc bez rejestracji, dokumentacji ani odpowiednich ustaw wskazujących jak to, a tamto wyglądać powinno. Dlaczego przez tyle lat wszystkie zabawki były bezpieczne, a mleko zdrowe natomiast dzisiaj trzeba patrzeć co się trzylatkowi daje do ręki, bo „czymkolwiek” może sobie krzywdę zrobić, a mleko - jak tłumaczą niektórzy naukowcy – w dużych ilościach szkodzi zdrowiu. Znów zapytam, jak Ci ludzie „ z przeszłości” mogli przeżyć?
Zaczęło się od komórek, skończyło na trującym mleku. Pozornie bez większego związku, jednak wszystko sprowadza się do wspólnego pierwiastka jakim są zmiany w otaczającej nas studentów rzeczywistości. A nie są te zmiany bez znaczenia, przede wszystkim dlatego, że to my za kilka lat będziemy mieć największy wpływ na to co będzie się działo w około i powinniśmy czasem trochę z dystansem przyjrzeć się nam samym, by nie powielać błędów, a pielęgnować to co sami doceniamy.
Cooltura Magazine 11/07
...jeszcze tylko październik, listopad, grudzień, 01.10.2007 :: 23:53 ::
Komentuj (8) 
No to po wakacjach... we wtorek pierwsze zajęcia, wszak dziwnym trafem udało mi się zaliczyć niemiecki, a bycie studentem drugiego roku - tak samo (co dziwne) jak i pierwszego zobowiązuje niestety do studiowania.
Stety czy niestety... w sumie (co dziwniejsze) na swój sposób lubię gdy kolejny rok nauki się zaczyna. W czasie przerwy wakacyjnej, zwłaszcza podczas dni spędzanych w domu, gdy wszyscy znajomi właśnie są "gdzieś", brakuje mi tej codzienności, która towarzyszy miesiącom chłodniejszym. Nie nie, nie to, żebym uwielbiała zimę, nudne wykłady, codzienne podróżowanie zakichaną komunikacją miejską czy "pasjonujące" książki opisujące żywoty starożytnych germanów - nie nie, co to to nie. Jedynie pewne uwielbienie do stateczności sprawia, że na kilka dni przed inauguracją roku ciesze się, że "wszystko wraca do normy" co dziwnym jest o tyle, że na co dzień zwykłam narzekać na tragiczny los studentki niemcoznawstwa, której studiować każą, co znaczenie ogranicza jej swobodę życiową.
Być może, a nawet na pewno sporą rolę odgrywa tutaj tendencja naszego mózgu (no przynajmniej mojego) do wspominania pewnych wydarzeń wyjątkowo pozytywnie i ciepło - mimo, że ani pozytywnymi ani ciepłymi wcale nie były. Mówię tu na przykład o moich zwykle przemoczonych skarpetkach w okresie zimowym (no cóż zima w adidasach :)), które usiłuje suszyć szukając wygodnego siedziska w pobliżu źródła ciepła (patrz kaloryfera). Nigdy wtedy raczej nie jest mi ciepło, ani wesoło z tego powodu, a jednak teraz gdy mam na nogach grube, suche skarpety to jest mi miło na wspomnienie powrotów do domu wśród ciemności i głębokiego śniegu. Wiem, wiem brzmi to wszystko dziwnie, ale cóż poradzę, że z taką przyjemnością wspominam dzisiaj godziny spędzone na rozmowach, odrywających wciąż od notatek, a odbywających się w niekiedy naprawdę długich przerwach między zajęciami w podziemiach niemcoznawczej katedry. (ojej jakie zdanie:/). Wspominam tez mój nietrzymający ciepła termosik z herbatą, niezwykłe wykłady z ekonomii, z których nie wynosiło się zbyt dużo wiedzy, ale za to można było się pośmiać, z historii czerwonego kapturka i Kowalskiego w TESCO, regularne grupowe wypady do żabki po cokolwiek do zjedzenia, gdy żołądek uciekał już do gardła, pokryjome fotografowanie niezwykle radośnie i kolorowo ubierającego się wykładowcy, starcia z najbardziej bulwersującą osobą jako za życia było mi dane spotkać - w osobie pani psor, która odmawiała wpuszczania na zajęcia spóźnialskim - choć sama potrafiła pojawić się godzinę po czasie...
Te i różne inne drobne historie czynią studiowanie na swój sposób małą przygodą, może nawet tylko dlatego, że są inne niż żadne...
Szkoda tylko, że doświadczenie lat poprzednich przypomina jak szybko powrót do rzeczywistości zaczyna ciążyć... ale do jutra jeszcze mogę się pocieszyć, nie? :P
a na zdjęciu... cóż, studencki zestaw wykładowy :)
...Toczy koła czas, zmienia wszystko tu, nigdy nie24.06.2007 :: 01:42 ::
Komentuj (4)
- słońce, powiedz mi... co będzie później?
- ale jak później?
- no tak kiedyś kiedyś
- no będziesz niemcoznawcą
- ?
- no ja jestem na informatyce to będe informatykiem, a Ty na niemcoznawstwie, więc bedziesz niemcoznawcą.
- ale słońce, kiedy ja jestem na stosunkach międzynarodowych, więc chyba będe... stosunkiem... :/
sama nie wiem co gorzej...
...Drzewa w wiatru graniu szamoczą się z deszczem,16.06.2007 :: 15:26 ::
Komentuj (7)
Szybkim krokiem podążam wzdłuż poręczy na dół, łzy pojawiają się mimowolnie. One zawsze pojawiają się nie pytając mnie o zdanie. Teraz nawet nie wiem, czy bardziej z bólu, czy z powodu tej dwói. W sumie się spodziewałam. W sumie to było dokładnie tak jak się spodziewałam "masz szansę, ale musisz się przez wakacje pouczyć" i "nie zmarnuj tego czasu" na odchodne. Nie wiem dlaczego, ale czuje, że ta kobieta życzy mi zaliczenia komisa na którego mnie skazała. A może to ja sama się na niego skazałam? ...ale przecież tyle pracy...
Schody nie są tak długie jak by mogło się wydawać po ilości myśli, wszak to tylko jedno piętro. A ja bardziej się zastanawiam nad tym wszechogarniającym bólem. Ile może boleć? jak długo? Jak mocno? Ile ibuprofenów może przyjąć mój organizm?
Nie ma czasu. Oni już piszą. Wpadam do sali, siadam przed kartką. Ale emocje jeszcze nie opadły, ta głupia niechciana łza jeszcze zasłania literki. Kurde Marta musisz coś zrobić, bo jak tego nie zaliczysz to kicha... i to wielka kicha. Zadowolona oddaje kartkę, sama zaskoczona, że tak łatwo poszło. Mina jednak rzednie przy sprawdzaniu - moja piątkowa praca ma coraz więcej błędów - dst. No dobra, chodziło przecież o to by zaliczyć by w końcu dostać ten pierniczony wpis. Ale martwi to, że moje przekonanie że umiem, że druga poprawa była tą "olśnioną" sprowadza sie do marnej trójki.
Nic to z dwoma nowymi wpisami - 2 i 3 wychodzę za drzwi i tutaj spotykam pustkę. Wszyscy wyszli. Fuck, a ja co mam ze sobą zrobić? Niezdolna do logicznego myślenia, dzwonie pod ten numer, który wykręcam już odruchowo dzwoniąc w jakiekolwiek miejsce. Przyjedzie. Ale za ile? Nie pozostaje nic jak czekać, usiąść i czekać. Ból wciąż daje o sobie znać...
Mój świat kiedy boli jest inny niż na codzień, wszędzie są zęby, źli ludzie, nie ma miejsca na świecie, w którym jest mi dobrze, drażni wszystko i ja drażnie wszystkich, bo jedyne na co mnie stać to marudzenie. Mogę ew. porzucac trochę mięsem kiedy ktoś nie będzie się chciał "przystosować". Zastanawiam się wtedy, czy kobietą jest się za karę, czy facet jest w ogóle w stanie zrozumieć takie cierpienie.
Przyszedł i on w końcu, mój facet :) Dobrze, że jest. Na jego kolanach robi mi się lepiej...
I tak rozmawiamy z koleżankami z roku o wszytskim i o niczym. Trudno byłoby być samemu tak po prostu, no nie?
Wybija godzina 13, wracam więc na to samo piętro, z którego kilka godzin wcześniej schodziłam. Kiedyś się zastanawiałam, jak wygląda wykład po niemiecku. Jak to się odczuwa, ile się rozumie, co można wynotować. Nie wiem, jedyne co zauważyłam, ze potwornie się dłuży. Chyba, żadne póltorej godziny w tygodniu nie jest tak długie jak piątkowy wykład z kultury, zwłaszcza, kiedy przedłuża sie do 2,5 godizny. Za oknem zaczyna grzmić, na biurku wielki segreagator, towarzyszący nam od początku semestru. Z wielką nadzieją przyglądam się czy ta przewracana przez nią kartką nie jest przypadkiem tą ostatnią zwalniającą nas z przykrości siedzenia tutaj. Za oknem natura robi swoje. Ona bez sensu opowiada nam o swojej działce, zamiast kończyć ten głupi temat. Łódź po raz kolejny atakowana "dziurą w niebie". No właśnie, tak jakby ktoś zrobił dziurę, i teraz musiało to wszystko raz na jakiś czas lecieć jak za odjęciem kurka. Miasto nie jest gotowe na takie anomalia, ale świat idzie do przodu i anomalii będzie coraz wiecej. czuje się właśnie jak to miasto, jak te drzewa. Targana burzą, kolejną burzą. Czuję, że to mnie przerasta, że się przepełniam, że sie zaraz złamę na wietrze. I ten ból. Niech to się wreszcie skończy...
Wieczór mija już przyjemniej. Może dlatego, że ból ustał, może dlatego, że zaczęła się sesja i w końcu będą nie tylko egzmainy ale też czas by się do nich pouczyć. Myślę sobie - może nie trzeba patrzeć na przyszłość w ten sposób, że "jeszcze dwa tygodnie", może trzeba pomyśleć - "3 tygodnie już za mną, więc co to dwa". Ale trudno tak.
Nie pozstaje nic jak uczyć się dalej. Zaliczyć wszystko co zostało za jendym razem. W indexie 7/12, w tym 1x2. Nie liczy się piątka, ani z WFu, ani z TSMu, ani też żadna czwórka. Teraz liczy się tylko ta dwójka i 5 pustych miejsc. Jakoś sobie poradzim. Jakoś trzeba.
Uspokaja mnie wieczorem rozmowa z kimś kto tak rzadko rozmawia. Z kimś kto za rzadko dla mnie chce mówić o tym co mysli. Dlatego tak niezwykła ta rozmowa... taka "niepodobna". Skąd się bierze w człowieku tak wielka chęć poznania czyiś myśli? Zwłaszcza bliskiej osoby. Czy to zwykła ciekawość, czy naturalny mechanizm ludzi żyjących w społeczeństwie? A może tlyko ja mam takie potrzeby?
I myślę sobie, że dobrze, że jest noc. Że można wszystko zamknąć, rano się obudzić i zacząć od nowa...
...posadziłam drzewo u mnie na balkonie, wielkie, 15.05.2007 :: 22:21 ::
Komentuj (21)
No właśnie drzewo. Jak też czasem monumentalnie wyglądać potrafi wielkie drzewo - zwłaszcza gdy spojrzeć na nie pod słońce. A przyglądać mu się można przecież nieprzerwanie - wszak stoi na swoim miejscu właśnie tak ani z powodu, ani bez. Stoi no i nie da sie ukryć budzi pewien podziw i szacunek - tym większy im dłużej zamuje swój kawałek ziemi.
Tkwi więc trochę dumne ze swego jestestwa, przypominając czasem o swej mądrości - i tak powoli roszrasta się wszerz i wzduż. Aż pewnego dnia nadchodzi burza. Zrywa się porywisty wiatr i jak nie szarpnie jak nie trzaśnie...
Stoi nadal drzewo ale jakies już pozbawione. Bo brak mu kilku większych gałęzi i to zmienia trochę postać rzeczy.
Jest takie jedno drzewo koło mojego bloku - widoczne z balkonu wychodzącego z pokoju jak i z okna kuchni. Naprawdę imponujące drzewo. Zdecydowanie większe niż mój czteropiętrowy blok. Nie powiem, bo dumna jestem z tych wszystkich drzew, które rosną wokół tej dziwnie ograniczonej powierzchni, na której żyć mi przyszło. Więc i to też drzewo zdawało mi się zawsze takie troszkę monumentalne. Ale wydarzyła się burza i drzewa pół nie ma. Dziwne to ale choć nie odmówie drzewu szacunku, to przyznam, ze dobrze że jego część zdematerializowała się z przestrzeni "przedokiennej". Widniej jest. Po prostu.
I tak samo jak do drzewa podejść można do ludzi. Tych, którzy wzbudzają w nas podziw, szacunek i pełne zaufanie. Tak wielkie, że nie zdajemy sobie sprawy, że nam coś zasłaniają.
Tak czasem ludzie przesłaniają słońce i daja nam patrzeć na nie tylko przez swoje liście.
P.S. Ciekawe kto z was wie z jakiej piosenki są słowa w tytule?
...a pod piórem...11.04.2007 :: 23:58 ::
Komentuj (7)wiem wiem, że niektórzy czekają czekają, aż doczekać się nie mogą. Ale sami widzicie jaka jest sytuacja. Zusammenfassung* i tyle. Napisze, to zrobię jeszcze jedną herbatkę (hihihi) bo to co robiliście po tamtej przerosło moje oczekiwania :D.
Ah opisałbym wam cały odcinek i gorących siodeł i wakacji w siodle też, ale nie... nie chcę odbierać niejakiemu Naczelnemu dumy dziennikarza, który dorwał strzępy informacji i może "wczuć się w sprawę" zresztą to go chyba rajcuje, nie? (hihihi).
Ponadto komentarze dowodzą, że Bloga czytuje również niepełnoletnia dziatwa - nie moge sobie pozwolić na wkład w złe kształtowanie się młodych umysłów.. nie chciałabym przyśpieszać pewnych procesów....
bosh.. w ogóle co za bzdury pisze. bez herbaty jednak mi gorzej. ha ha ha. dobranoc.
*ktoś, komu szczęscie miłe nie powinien znać znaczenia tego słowa... ;/
...herbata stygnie zapada zmrok...08.04.2007 :: 23:56 ::
Komentuj (14) 
...tak w herbacie odbija się moja lampka, i kawałek mojego świata komputerofila :P
zmrok już raczej dawno zapadł, ale herbata jest, lubię, dobrą herbatę - z cytryną.. albo taką owocową - truskawkową na przykład - byle nie z hibiskusem. Jeśli ktoś ma w domu dobrą herbatę to czekam na zaproszenie :) Zresztą jak sami wolicie - ja też zapraszam :)
...a pod piórem ciągle nic...
no i coś tam juz jest... ale ale więcej zostało niż jest. Wciąż pisać pisać pisać.. artykuł tu, artykuł tam. Jakoś nie umiem wszędzie zdążyć.. za wolno przetwarzam. Chciałam napisać słowa piosenki... hehe - lepiej mi poszło z listem do rodziców harcerzy. Chociaż z tym listem to też tak nie do końca "poprawnie" jest. Bo to miała być notatka o rajdzie, a list.. ."tak jakoś wyszedł" :P.
Ludzie się pytaja "po co Blog?"
inni... "a po co Ci te wszystkie zdjęcia"
a wy wiecie po co?
...zawsze Black and White...07.04.2007 :: 03:28 ::
Komentuj (7) 
Człowiek, człowiek, człowiek...
Kurcze jakiż dziwny stwór.
czyście nie zastanawiali się kiedyś jak to jest, że bez względu na to czy porówna się człowieka do trzciny tak łatwo łamiącej się na wietrze - wątłej i bezbronnej wobec świata, o słabym ciele i tak delikatnej psychice, czy też powie się o nim jako o tworze niezniszczalnym, zdolnym pokonać śmiertelną chorobę, gotowym osiągnąć niewyobrażalny wręcz szczyt sprawności fizycznej czy w końcu potrafiącym przezwyciężać swoje własne słabości - to nie sposób z którąkolwiek z opinii się nie zgodzić. Ile razy aż ciśnie się na usta by stwierdzić jacy to ludzie potrafią być niesamowici niczym wspaniałomyślni samarytanie - dadzą pieniądz na WOŚP, pomogą bezinteresownie obcemu, oddadzą swoją bułkę, milionami będą stać za jednym, w którego wierzą - dziw czasem bierze i trudno pomieścić w głowie ile dobra się w ludziach mieści. Gdy zarazem nie łatwiej zmieścić pod kopułą swego szanownego włosia - jak to człowiek człowiekowi wilkiem być potrafi - ileż to zła i nienawiści może w sobie posiadać... ileż to krzywdy wyrządzić może otoczeniu, jak bez skrupułów okraść biednego, zdradzić, skrzywdzić w jakimkolwiek sensie - czy nawet zabić. Jak to wszystko razem wrzucić do jednego wora?
Człowiek człowiek człowiek.
nie da się, a jednak trzeba... Jak bardzo złożoną istotą ludź być musi - jeśli sam swojej złożoności pojąć nie może, a przecież zdaje mu się, że wszystkie już rozumy pozjadał. Wciaż targają mną takie wszechobecne sprzeczności - staram się sklasyfikować wszystko gdzieś pomiędzy czarnym i białym.. ale tak trudno jest znaleźć odpowiedni odcień szarości. Bo kolejną z cech człowieka jest taka dziwność, która nakazuje mu koniecznie znajdować odpowiedzi na wszelkie nurtujące pytania.. stąd też prawdopodobnie bierze się fenomen wszelkich ziemskich religi, ale o tym może kiedy indziej..
Sowieso* dla mnie to zawsze była dziwna świadomość takiego "niepojęcia" istoty ludzkiej, zawsze mnie takie "nieobjęte umysłem" rzeczy fascynowały - kiedyś dawno dinozaury, później kosmos, a dzisiaj po prostu codzienność i to co mnie najbliżej otacza - co pewnie widać po tematyce poprzednich notek.
Co więcej? - wracając do tematu. Bawiliśta się kiedyś grafiką w jakowymś programie graficznym? Obrazem czarnobiałym i funkcją, która pozwala balansować progiem między bielą, a czrernią? Wraz z poruszaniem na boki suwakiem odpowiedzialnym za przemieszczanie się progu - na obrazie zaczyna dominować coraz więcej bieli lub coraz więcej czerni - to jak balansowanie między optymistami, a pesymistami jedni po prostu wciąż będą dążyli do wybielenia obrazu... innym będzie raźniej w czerni.
Oby wam się w odpowiednim momencie suwak nie omsknął w żadną stronę za daleko! (tak w ramach życzeń świątecznych których osobiście nie lubię :)
Człowiek, człowiek, człowiek.
...więc czarna czy biała?
* "tak czy siak" - dla ignorantów jęz. niem. ;)
...od poranka aż po... zachód28.03.2007 :: 02:49 ::
Komentuj (7) Tak właśnie wyglądała dziś rano moja droga na uczelnie. Rześki wschód słońca wywołujący pewien nieokreślony uśmiech na niedospanej twarzy. 7.20 - dzień się zaczyna spacerem na autobus. W sumie taki spacer to rano dobra rzecz. Jest 10 miut na swego rodzaju relaks. Przez chwilę nie trzeba robić nic - tylko iść. Poprostu planować sobie dzień, podsumować wczorajszy... albo tylko napawać się takim wschodem i wdychać głęboko powietrze.
...dzień
dzień
dzień
dzień...
To jeszcze nie koniec na dziś, ale jest pewien zwrot. Po zajęciach. Jakaś godzina drogi do domu ale najważneijsze, że zdążyłam na zachód słońca

Od wschodu do zachodu zajęcia, ale ja się i tak cieszę - w tym roku pierwszy raz we wtrorek nie wracałam po ciemku, zmiana czasu tez w końcu robi swoje. Sowieso ciężko ale piknie.
A no i zyskałam dziś nowe doświadczenie fryzjerskie, ale o to już pytajcie niejakiego pana Ź.(hihi)
...rozgrzewa mnie takie granie, jak w domu ciepły 21.03.2007 :: 14:18 ::
Komentuj (5)YAPA, YAPA... to już mój 4-ty raz (w sumie 5-ty ale z tym rokiem 1995 to taka dziwna historia ;) minęło już dni dwa od rzeczonego weekendu - ale właśnie codzienność dopiero dzisiaj pozwoliła mi poświęcić chwilę temu wydarzeniu. Pewne koleje losu (bosh jakoś wzniośle brzmi) umiejscowiły mnie w tym roku na Yapie w roli organizatora - przypadło mi stanąć za barem - no cóz taki mały debiut jako barmanka ;). Fakt faktem na widowni nie spędziłam zbyt dużo czasu... ale identyfikator wiszący na szyi pozwolił mi zobaczyć znacznie więcej. Taki przywilej ciężko pracujących :P.
Yapa od kuchni... hehe długo by opowiadać, ale pozostawie was w niewiedzy - jak będziecie chcieli sami spróbujecie :P. Nasunęła mi się jednak pewna refleksja. Poświęciłam Yapie 2,5 dnia pracy - za gratisowy karnet i koszulke (no okej i trzy smycze :P). Tak po prostu... praca prawie na okrągło od 11 w sobote do 5.30 rano w niedziele - to nic.. większość ludzi pracowała tam już od ponad tygodnia i spędzała całe dnie na przygotowaniu sali, dekoracji, zorganizowaniu noclegów, stworzeniu programu, załatwieniu sponsorów, projekcie plakatu, zaproszniu gości i wielu innych ważnych sprawach, bez których Yapa nie byłaby taką jaką była. Nad wszystkim czuwała przedewszytskim jedna, niewielka osoba (niewielka wzrostem oczywiscie ;) Wiem jak dużo Natalia poświęciła by festiwal ów przygotować i powiem wam że to naparwde dużo... ale cały fenomen tego wszystkiego kryje się za faktem, że masa ponad 100 ludzi - również specjalistów dżwiękowców, fotografów, kamerzystów, ludzi pracujących, uczących się - pracowała za darmo... Ktoś zapyta "po co?". chyba nie potrafię odpowiedzieć prosto na to pytanie. W każdym razie jest Yapa zjawiskiem niezwykłym o czym może choćby świadczyć jej powodzenie od ponad 30 lat.
Ja z Yapy wyniosłam nie tylko rękę poparzoną piecem do pizzy i dwa znaczki, ale przedewszystkim kilka nowych znajomości, które zawsze są dla mnie najcenniejsze z takich imprez.
Co więcej to chyba już reguła, że w ten jeden weekend spotyka się masę znajomych. Znajomych bliskich i dalekich - niektórych widywanych tak rzadko, że chyba tylko już na Yapie. Można czasem siedzieć na ławce i po godzinie dopiero zauważyć znajomą twarz. Jednak przebojem w tym roku była dwojka dzieci z drużyny, które rzuciły się na mnie od wejścia. Naprawdę fajna sprawa.
Jedno co mnie zdecydowanie smuci... to jakiś taki ginący klimat Yapy przynajmniej jeśli chodzi o wykonawców konkursowych i muzykę jaką nam zaserwowali - zwłaszcza w tym roku - ale już z Patrycją się umowiłyśmy, że za rok my występujemy i rozgramiamy całe towarzystwo (gdyby ktoś był ciekaw Patrycja bedzię odpowiadała za sekcje rytmiczną ;) hihihi
Dziękuje Natalii, za to że tę Yapę popełniła ;) i Patrycji, że tam ze mną była i Nijakom za najbardziej turystyczny i zarazem najbliższy sercu występ na całym tym turystycznym(?) przeglądzie.
Do za rok
...ideałów Twych małą kolekcje, codzienności patyn11.03.2007 :: 02:20 ::
Komentuj (5) Idealizm to choroba (jakaś psychiczna w sensie). Tak sobie myślę. Może źle myśle...ale na pewno przesadzony idelizm zdecydowanie utrudnia życie. Od trzech dni zastanawiam się co napisać tutaj. Miałam się nie zastanawiać..to miało przychodzić samo ale co przychodzi to ja musze odrzucić..
...tysiąc myśli na minutę ale każdy popmysł zły...za nudny, za trudny, nieinteresujący, zbyt osobisty, za bardzo filozoficzny, zbyt codzienny. Nie potrafie usiąść i napisać, bo chcę by było idelanie i w końcu nic nie pisze. Jak już się za coś biore to poprawiam - poprawiam tak długo jak mogę.. jak mam siłę.. albo dopóki nie osiągne pożądanego efektu... to czasem chore jest trochę. Przed chwilą rozmawiałam z kimś kto zdawał się być owładnięty manią chęci bycia idelnym. - nic nie jets dobre, jeśli może być jeszcze lepsze - jeśli może być idealne.
Teraz tak patrzę z perspektywy czasu - w sumie też mam czasem taką załamke - też zdaje mi się, ze jestem niewiele warta, nie wiele umiem, w niczym nie jestem dobra, wtedy ludzie naokoło zaczynają mnie uświadamiać jakich cech mi zazdroszczą.. i co we mnie podziwiają, Patrycja po raz enty przypomina mi, że nie potrafi robić filmów ani grać na giatrze (ja mimo wszytsko czuje się przy niej czasem jakaś taka mała :)). Po prostu czasem trudno stanąć z boku i spojrzeć na siebie obiektywnie, dlatego potrzeba drugiego człowieka...
..Swoją drogą to dziwne uczucie obserwować u kogoś swoje własne wady. Najpierw dostrzegać, analizować, komentować...wystraszyć się ich, a na końcu zdać sobię sprawę, ze samemu jest się posiadaczem podobnych cech - ot, taki Dzień Świra ;)
...mój dom murem podzielony...08.03.2007 :: 01:00 ::
Komentuj (4) Zastanawialiścię się kiedyś? Mieszkacie gdzieś od lat, ale nie macie pojęcia o miejscach, które są tak blisko. Wchodziłam dzisiaj na mój mały Mount Everest (8844–8850 m n.p.m. - zależnie od źródła) - czyli na czwarte i ostatnie piętro mojego bloku :P - i tak mnie coś natchnęło, że przechodzę tędy setki razy mijając zarazem przeróżne przestrzenie, z których w każdej dzieje się coś innego. To przecież niesamowite, że zaledwie kilka cegieł i drzwi grubości 3 centymetrów dzielą kilkadziesiąt metrów sześciennych na 28 niezależnych światów. Ludzie mieszkający w pierwszej klatce mojego bloku mogliby równie dobrze mieszkać na księzycu - bo rozpoznaje może ze 3 z osoby z tej w końcu niemałej społeczności, a przecież mieszkam tutaj kilkanaście metrów od nich, nie mówiąc już o tym, że na piętrze - drzwi w drzwi mieszka dwoje starszych ludzi, o których wiem tyle, że oboje długo docierają do drzwi i że w niedziele rano pani sąsiadka tłucze mięcho na kotlety, co słychać zza ściany.
To jest jakiś fenomen bloku - przedziwnej społeczności tak bardzo sobie obcej. Większość z lokatorów żyje jakby w innym świecie - zupełnie niezależnie od sąsiadów. Ponadto te magiczne drzwi - jak w bajce - jest ich tyle obok siebie, a każde kryją coś innego. No właśnie "kryją", przecież nie mam pojęcia jak wygląda mieszkanie sąsiadów z dołu - chociaż czasem słyszę gaworzące dziecko - niczym głosy z zaświatów ;)
Czyli jest w tym pewna magia... a zarazem... no właśnie pewien dowód na to jak bardzo ludzie zmienili naturalną rzeczywiostość, że mieszkają piętrowo w nieciekawych pudełkach postawionych w rządkach, właśnie, właśnie jak na "grządkach".